Wrzesień 26, 2018

Pogrzeb śp. Weroniki Kamińskiej w Dankowicach – Homilia Ks. prof. Tadeusza Borutki

26 maja 2018 r. Pogrzeb śp. Weroniki Kamińskiej w Dankowicach

Rz 14, 7–8; Łk 12, 35–40

 

Droga rodzino pogrążona w żałobie, a przede wszystkim drodzy synowie wraz z rodzinami, na czele z panem senatorem Andrzejem i Jego żoną panią Ewą. Czcigodni bracia kapłani, drodzy krewni, sąsiedzi i znajomi śp. Weroniki oraz członkinie i członkowie Akcji Katolickiej. Szanowny Panie Ministrze Stanisławie Szwedzie wraz z małżonką oraz przedstawiciele władzy parlamentarnej i samorządowej. Dzisiaj, w święto Matki, pozdrawiam wszystkie matki i modlę się za żyjące i zmarłe nasze matki.

W święto Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana dotarła do nas smutna wiadomość o śmierci  śp. Weroniki. Śmierć w tym szczególnym dniu ma swoją wymowę. Zmarła śp. Weronika wraz z mężem miała szczególne nabożeństwo do Chrystusa Wiecznego Kapłana, do Niego się modliła szczególnie w pierwsze czwartki miesiąca za kapłanów i powołania kapłańskie. Swoje myśli i uczucia miała na Nim skupione.

Szczerym pragnieniem jej prostego i ufnego serca było być blisko Jezusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana,         z Nim nieść krzyż swoich obowiązków, trudów i cierpień. Tak często śpiewała: „Być bliżej Ciebie chcę na każdy dzień, za Tobą życiem swym iść jako cień. Daj tylko, Boże dusz, obecność Twoją czuć…. ”.

Znała dobrze Jego słowa, które przypominała nam co dopiero odczytana Ewangelia: „Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie. A wy podobni do ludzi, oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze. Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie… Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie” (Łk 12, 35–37.40). I w ostatni czwartek  przyszedł, i zakołatał.

Nie można powiedzieć, że przyszedł o godzinie, której się nie można było domyślać. Można było. Życie śp. Weroniki było długie, przekroczyło już – i to zdecydowanie – miarę, o której mówi psalmista: „Miarą życia ludzkiego jest lat siedemdziesiąt, osiemdziesiąt, gdy jesteśmy mocni”. Jednak Pan nie spieszył się jakoś z nadejściem. Dziękujemy dzisiaj Bogu za ten długi czas, który jej dał. Jesteśmy Mu bardzo wdzięczni za każdy dzień, miesiąc i rok jej pracowitego życia i jej miłości.

Śp. Weronika przyszła na świat 25 października 1922 r. w Dankowicach. Lata dwudzieste minionego wieku były czasem trudnych doświadczeń dla Polaków. Zaledwie zakończyła się pierwsza wojna światowa, a już podejmowano przygotowania do drugiej. Gdy wojna ta wybuchała, Weronika  miała zaledwie siedemnaście lat, była w wiośnie życia. I te jej najpiękniejsze lata naznaczyła wojenna tułaczka.

W czasie ucieczki przed wojskiem niemieckim w 1939 r. pod Płaszowem cudem ocalała podczas wysadzania wiaduktu kolejowego. Była ostatnią, która przeżyła z szeregu uciekających, pchała wówczas rower młodszemu o trzy lata bratu, którego wybuch rozerwał. Od tego czasu nie słyszała na jedno ucho. Mimo wielkich trudności i niebezpieczeństw, ukończyła szkołę powszechną w Dankowicach        i dwuletnią szkołę wydziałową w Bielsku.

Potem, mówiąc w wielkim skrócie, 27 maja 1945 r.,    a więc jutro upłynie 73 rocznica, zawarła małżeństwo z Ludwikiem – organistą w tutejszym kościele, którego pasją była muzyka kościelna, a wielką miłością Chrystusowy Kościół. Żyła z nim, jak wiele podobnych rodzin, w ubóstwie i wyrzeczeniu. Ale nie to było najważniejsze, by się urządzać w życiu, ale to, by w całkowitym oddaniu służyć Chrystusowi. Dlatego bez narzekań, bez pretensji podejmowali swój codzienny trud. A trud ten stawał się coraz większy. Bóg obdarzył ich czterema synami. Trzeba ich było nakarmić, ubrać i wykształcić. A przede wszystkim otoczyć kochającym sercem i bezinteresowną rodzicielską służbą. I otoczone je. Wszystkie dzieci otrzymały solidne wykształcenie.

Po trzydziestu pięciu latach wspólnego życia małżeńskiego  śp. Weronika  doświadczyła śmierci swojego umiłowanego męża, który zmarł nagle w wieku 60 lat na zawał serca.  Nie pozostała jednak sama. Miała kochające dzieci i doczekała się pięcioro wnuków i dwóch prawnuków. Cieszyła się, że jej wnuk Wojtek poszedł za Chrystusem powołującym do kapłaństwa.

Zamieszkała ze swoim synem Andrzejem i jego żoną Ewą. Ich troska o nią pełna miłości i trudu pozostanie na miarę  świadectwa.  Była szczęśliwa z nimi i przy nich, radosna i spokojna, troskliwa, wyrozumiała, czuła, przygotowywała się powoli na dzień, w którym posłyszy kołatanie i otworzy się brama wiodąca do życia wiecznego.

Była człowiekiem wielkiego serca, które miała otwarte dla każdego. Odznaczała się niepospolitą dobrocią i wielką inteligencją ducha. Dobrze orientowała się w sprawach codziennego życia, posiadała niezwykły dar rozumienia trudnych spraw, umiała je odpowiednio ocenić i wskazać sposób wyjścia z trudnej sytuacji. Przy tym była prostolinijna i uprzejma. Nie zapamiętywała doznanych krzywd    i nie obnosiła się z doznanymi upokorzeniami. Umiała przebaczać, nie pamiętać, wychodzić ponad trudną rzeczywistość. Do końca swoich dni zachowywała dziecięcą prostotę, co było widoczne w jej sposobie mówienia i reagowania, a nade wszystko w jej uśmiechu.

Przede wszystkim była jednak człowiekiem głębokiej wiary. Jej życie po brzegi wypełniała modlitwa. Każdy dzień rozpoczynała z Bogiem i z Bogiem kończyła. Pomagała jej w tym bliskość kościoła. Można powiedzieć, że wraz z mężem wydeptała ścieżkę do swojego kościoła parafialnego i wyklęczała swoje miejsce w ławce kościelnej. Jej umiłowaną modlitwą była Eucharystia, w której tak często uczestniczyła. W czasie Eucharystii przyjmowała do swojego serca Komunię św., w której dostrzegała pokarm na życie wieczne. Kochała modlitwę różańcową, w zasadzie    z różańcem się nie rozstawała, nosiła go przy sobie w dzień i w nocy, bo on dodawał jej sił. Odmawiała modlitwę „Anioł Pański” przerywając na jej czas swoje domowe zajęcia. Do najbardziej umiłowanych form modlitwy zaliczała „Koronkę do Miłosierdzia Bożego”.

Jej wiara nie była teorią. Umiała ją stosować w swoim niełatwym życiu. W jej świetle interpretowała wszystkie wydarzenia. Wiara była dla niej natchnieniem do codziennej służby rodzinie i umocnieniem na niełatwym posterunku jej obowiązków. A kiedy przychodziły cierpienia i krzyże, w wierze szukała wyjaśnień. Było to szczególnie widoczne podczas śmierci jej męża. Było to także widoczne   w okresie jej starości, gdy z każdym dniem ubywało jej sił, a przybywało dolegliwości. Wiara była dla niej natchnieniem do odważnego znoszenia cierpień i poprzez wiarę patrzyła na zbliżającą się śmierć. Ani na chwilę nie oddaliła się od Chrystusa, w Jego rękach złożyła swoje życie             i w Nim widziała swoje zbawienie.

Jako córka sołtysa wsi i żona społecznika, angażowała się wraz z mężem w prace w straży pożarnej, w spółce wodnej oraz komitecie rodzicielskim przy tutejszej szkole. Pomagałana plebanii przy uroczystościach parafialnych oraz podczas budowy nowej plebanii. Od lat młodzieńczych należała do róży żywego różańca, opiekowała się także jedną z czterech kapliczek przy kościele.

Z wiary czerpała też siłę do miłości swojej Ojczyzny. Bóg i Ojczyzna była dla niej najważniejszymi wartościami. Wiedziała, że miłość ojczyny wyraża się w bezinteresownej służbie i polega  na podporządkowaniu jej interesów osobistych. Istnienie i pomyślność ojczyzny mogą wymagać też gotowości do poniesienia wielkich ofiar. Watro  o tym pomyśleć, gdy obchodzimy stulecie uzyskania przez naszą Ojczyznę niepodległości.

Śp. Weronika  była człowiekiem ewangelicznego czuwania. Taką ją zastał Pan. Teraz jest na Jego uczcie. Zasiadła już do tego stołu, przy którym, według sugestywnego obrazu z kart Ewangelii, sam „Pan domu przepasawszy się będzie usługiwał zaproszonym” (Łk 12, 37); do stołu, przy którym pokarmem duszy stanie się oglądanie samego Boga, przez bogactwo swej miłości będącego niewyczerpanym źródłem wiecznej radości bez cienia. Pozostaje wobec tego tylko jedno: prosić ją, aby będąc na tej niebieskiej uczcie, doświadczając radości Pana, nie zapomniała o nas, aby za nami się do Boga wstawiała, by czuwała.

I tak na pewno będzie, skoro bowiem nigdy nie zapominała o nas za życia, to dlaczegóż miałaby zapominać      o nas teraz. Matka nie zapomni. I my o niej nie zapomnimy w naszych modlitwach. Będziemy się modlić, by – jeśli pozostały jej jeszcze jakieś nieuregulowane sprawy przed Bogiem – w naszych modlitwach miała właściwą pomoc.

To tylko możemy zrobić i to tylko mamy do zrobienia. Modlić się. Resztę trzeba zostawić Panu Bogu w nadziei, że On dostrzeże i obficie nagrodzi i nasze modlitwy, i modlitwy całego życia śp. Weroniki. Zdaje się nam, że stoi ona teraz przed Panem i całym swoim sercem przy akompaniamencie swojego męża śpiewa: „Być bliżej Ciebie chcę i w śmierci czas, gdy mnie już będzie krył grobowy głaz. Być bliżej Ciebie chcę to me pragnienie czuj, bom ja jest dziecię Twe, Tyś przecież Ojciec mój”. Amen.

Related posts