Wrzesień 23, 2017

Ks. Prof. Tadeusz Borutka – pogrzeb śp. Stefana Wodniaka

Pogrzeb śp. Stefana Wodniaka w Bestwinie

Rz 8, 31–35. 37–39 (s. 224), (psalm 27, s. 188); J 14, 1–6 (s. 372)

 

 

„Pan moim światłem i zbawieniem moim” – śpiewaliśmy przed chwilą słowa bliskie zmarłemu świętej pamięci Stefanowi, którego dzisiaj żegnamy. Znał je na pamięć, chętnie śpiewał nie tylko w kościele, powtarzał w mrocznych chwilach swojego życia, może myślał o nich w ten swój ostatni lutowy poranek, gdy zamykał oczy na doczesność, a otwierał na wieczność. Był to poranek wyjątkowy, pełen przedwiosennego słońca, Bożego światła. Gdy wracałem z kaplicy po mszy świętej, nie mogłem się nacieszyć brzaskiem wstającego dnia.

Nagle telefon i słowa: „Proszę księdza, mój tata nie żyje. Zmarł nagle. Proszę się modlić za moją rodzinę….”. Dzwonił pan Krzysztof, syn Stefana. Nie mogłem uwierzyć, przecież z nim rozmawiałem tydzień temu, był zdrowy, nie narzekał. Wprawdzie, kiedy uczestniczył w Radzie Diecezjalnej Akcji Katolickiej, obdarował mnie osobliwym spojrzeniem, które dziwnie zapamiętałem i powracałem wciąż do niego, zastanawiając się nad jego wymową. W tym spojrzeniu – jak się okazało ostatnim – było skupienie, powaga, szacunek i coś jeszcze, ale tego wtedy nie wiedziałem. On chyba też nie wiedział. To było pożegnanie.

Przejęty tą niespodziewaną wiadomością powtarzałem: „Serce Jezusa, nadziejo umierających w Tobie, zmiłuj się nad nami”. Śmierć należy do ludzkiej kondycji, jest momentem kończącym doczesną fazę życia. W rozumieniu chrześcijańskim śmierć oznacza przejście od światłości stworzonej do niestworzonej, ponadczasowej, od życia doczesnego do życia wiecznego. Skoro chrześcijanin czerpie z Serca Chrystusa światło i siłę do tego, by żyć jak dziecko Boże, to czyż mógłby z innego źródła czerpać siłę, by umrzeć w sposób godny swojej wiary? Żyjąc w Chrystusie, musi „umrzeć w Chrystusie”. Miłość i miłosierdzie Chrystusa są nadzieją i pewnością dla tego, kto w Nim umiera.

Wypada przez chwilę zastanowić się nad tym, co znaczy „umrzeć w Chrystusie”… Przede wszystkim, bracia i siostry, znaczy to, że należy odczytać bolesne i tajemnicze zjawisko śmierci w świetle nauki Syna Bożego jako odejście do domu Ojca, w którym Jezus przez swoją śmierć przygotował nam miejsce (J 14, 2). „Umrzeć w Chrystusie” znaczy także zaufać Mu, poddać się całkowicie Jego woli, składając w Jego ręce – w ręce brata, przyjaciela, dobrego pasterza – własny los, tak jak On w chwili śmierci oddał swojego ducha w ręce Ojca (Łk 23, 46). Znaczy też zamknąć oczy na światło tego świata w pokoju, w przyjaźni, w komunii z Jezusem, albowiem nic, „ani śmierć, ani życie (…) nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Jezusie Chrystusie, Panu naszym” (Rz 8, 38–39). W tej najważniejszej godzinie chrześcijanin wie, że jeśli nawet jego serce oskarża go, to Serce Jezusowe jest większe niż jego błędy i zaniedbania, może zmazać wszelką winę, jeśli tylko okaże skruchę.

„Umrzeć w Chrystusie” znaczy wreszcie umrzeć tak jak Chrystus, z modlitwą na ustach, z przebaczeniem w sercu, z Najświętszą Panną u boku. Ona jako Matka stała pod krzyżem Syna i jako Matka stoi przy umierających dzieciach. Ona, która przez ofiarę swego serca współdziałała w ich zrodzeniu do życia łaski, zapewnia im swoją troskliwą, matczyną obecność, aby przez śmierć narodzili się do życia.

Kiedy to mówię do was, bracia i siostry, mam przed oczyma życie i śmierć naszego brata Stefana, człowieka wielkiej wiary i gorącego serca. Nie wiem, ale domyślam się, że wyniósł to z rodzinnego domu z Dankowic, ugruntował własnym wykształceniem na krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej i umocnił świadectwem życia swojej małżonki. Co więcej, przekazał to wszystko swoim dzieciom, które kochał mądrze i odpowiedzialnie.

Głosząc kazanie tutaj 13 listopada minionego roku, zorientowałem się, że Parafialny Oddział Akcji Katolickiej, którego prezesem był od 1999 roku, w większości stanowi jego najbliższa rodzina. Nie mogłem wyjść z zachwytu, bo tego się często nie spotyka. Miał autorytet męża i ojca. Dobry, kochający, stanowczy, wymagający, ale czuwający i rozumiejący. Dla niego parafia, kościół parafialny były domem. Był z nimi oswojony, zaprzyjaźniony, powiedzmy otwarcie – był zadomowiony!

Swojej wiary nie ograniczał do sfery prywatnej, rodzinnej, on ją potrafił nieść poza próg rodzinnego domu. Wysoko niósł sztandar wiary! Nie ukrywał jej, nie wstydził się jej, upominał się o nią. Kochał Kościół i czuł się za niego odpowiedzialny. Z niezwykłym szacunkiem i czcią odnosił się do nas kapłanów. Wciąż pamiętam słowa życzeń, które w imieniu samorządowców i polityków naszej diecezji składał Księdzu Biskupowi Ordynariuszowi 3 stycznia bieżącego roku podczas spotkania opłatkowego. Były to słowa głębokiej wiary w Chrystusa naszego Zbawiciela.

Często był za to krytykowany, bo spotykał ludzi, którzy mu zarzucali, że przyznaje się do wiary, jako wójt ją publicznie praktykuje i łączy uroczystości patriotyczne, a był wielkim patriotą, z religijnością. Domagano się od niego neutralności światopoglądowej. Potrafił się tym żądaniom przeciwstawić, bo chciał dobra dla wszystkich, nikogo nie lekceważył. Nie widział sprzeczności między tym, co ludzkie, a tym, co Boskie.

Nie oddzielał miłości do Boga od miłości do człowieka. Odznaczał się spójnością wiary. I za to zasłużył sobie na szacunek nas wielu i wdzięczność aż do ostatnich chwil naszego życia. W miarę swoich możliwości troszczył się o wszystkich, a szczególnie o chorych, słabych, doświadczonych trudnościami życia. To stanowiło dla jego działalności społecznej szczególny priorytet. Pozostanie dla pokoleń wzorem służby dobru wspólnemu, a zwłaszcza swojej „małej ojczyźnie” – umiłowanej Bestwinie.

Takich ludzi niewielu znamy i tak szybko odchodzą. A nam pozostaje żal, że nie znaleźliśmy czasu, by ich bardziej pokochać i wyrazić im wdzięczność, by ich przeprosić za doznane upokorzenia i krzywdy.

Drogi Stefanie! Wiele nas nauczyłeś swoim życiem i ofiarną służbą Kościołowi i Ojczyźnie. Dzisiaj ci za to dziękujemy. Choć nadal nie potrafimy się pogodzić z tym, że tak szybko i niespodziewanie od nas odszedłeś, i wiemy, że bez ciebie będzie nam jeszcze trudniej, jednak razem z tobą schylamy głowy przed wyrokami Boskimi i przyjmujemy je z pokorą. Z nimi nie chcemy dyskutować i dlatego powtarzamy razem z tobą wyznanie zawierzenia Bogu: „Niech się stanie Twoja wola”!

Wiemy przecież, że „w domu Ojca jest mieszkań wiele”. Jesteśmy też głęboko przekonani o tym, że ty już to mieszkanie otrzymałeś. Pozostaje nam tylko jedno, prosić cię, abyś – tak jak za życia – towarzyszył nam swoim wstawiennictwem u Boga. Wiemy, że ty tam dużo będziesz mógł – swoją dobrocią, bezinteresownością i skutecznością działania wiele nam będziesz mógł wyprosić.

W przededniu swojej śmierci dzwoniłeś do biura Akcji Katolickiej, by zgłosić swój udział w rekolekcjach wielkopostnych u sióstr serafitek w Hałcnowie. Nie wiedziałeś, że Pan cię zaprosi na wieczne rekolekcje w niebie. Jak to dobrze, że Jezus był dla ciebie „drogą i prawdą, i życiem, bo nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przez Niego”. Człowiek bez Chrystusa nie ma nadziei, tej wielkiej nadziei na życie wieczne. A ty ją miałeś. Dlatego Chrystus jest twoim spełnieniem na wieczność, a Maryja jest Jutrzenką twojego życia wiecznego. Amen.

Related posts