Grudzień 06, 2019

Kongres „Ewangelia Małżeństwa i Rodziny”: Wykład ks. kard. Gerharda Müllera

RODZINA NADZIEJĄ KOŚCIOŁA – KOŚCIÓŁ NADZIEJĄ RODZINY

Rodzina i Kościół istnieją wzajemnie dla siebie. Najdobitniej streszcza to określenie „Ecclesia domestica” – Kościół domowy[1]. Najstarszy spośród zachowanych Sakramentarz z Werony opisuje, że ludzkość rodzi się i rozwija w rodzinie[2]. Natomiast w datowanym na siódmy wiek Sakramentarzu Gelazjańskim[3] znajdujemy już sformułowanie, które po dziś dzień powtarzamy w Pierwszej Prefacji na Mszę za nowożeńców, iż „czysta płodność świętych małżeństw [służy] pomnażaniu przybranych dzieci [Boga], które (…) powiększają Kościół”[4].

Zatem dla dobra rodziny i Kościoła trzeba zachować i pogłębiać odwieczne przymierze między rodziną a Kościołem: Rodzina z Kościoła i dla Kościoła; Kościół z rodziny i dla rodziny.

RODZINA NADZIEJĄ KOŚCIOŁA

Tożsamość formalna

Aby rodzina spełniała nadzieje pokładane w niej przez Kościół i cały świat (Rz 8,19-25), musi najpierw zachować swoją tożsamość. Stolica Apostolska od dawna jednoznacznie przeciwstawia się próbom manipulowania definicją rodziny. W tym kontekście należy przypomnieć List Jana Pawła II do Głów Państw na Międzynarodową Konferencję na temat zaludnienia i rozwoju w Kairze z 19 marca 1994 roku[5] oraz List Jana Pawła II do Sekretarza Generalnego IV Światowej Konferencji ONZ Poświęconej Kobiecie z 26 maja 1995 roku[6].

Uczciwość intelektualna wobec definicji rodziny jest zawsze elementarnym wymogiem przy rozeznawaniu i podejmowaniu decyzji. Również w kontekście tego synodu definicja rodziny – jako głęboko zakorzeniona w Objawieniu – musi pozostać nietykalna. Nikt nie ma prawa zlekceważyć Słowa Bożego, które jednoznacznie i ze szczególną mocą ukazuje zmianę tej definicji jako obrazę Boską.

Idee mają konsekwencje. Nie ma sensu wnosić pod obrady synodu, którego temat brzmi „Powołanie i misja rodziny w Kościele i świecie współczesnym” zagadnienia związków jednopłciowych. Nie pozwalają na to względy formalne, gdyż rodzina to związek mężczyzny i kobiety – wyłączny i nierozerwalny. Nade wszystko jednak nie pozwala na to bojaźń Boża i szacunek dla Prawdy objawionej oraz dla rodziny, która na tej Prawdzie buduje swoje życie. Jak powiedziałem w mojej książce „Nadzieja rodziny”: „Małżeństwa nie można sprowadzić do przebywania z drugą osobą: jest ono definitywną decyzją wpisaną w relację Chrystusa Oblubieńca z Kościołem oblubienicą. Na pierwszym miejscu jest Chrystus. Jak to wyraził papież Franciszek w adhortacji apostolskiej Evangelii gaudium, używając swoistego neologizmu, Chrystus nas poprzedza (ci primeggia). Od stworzenia świata Bóg w Chrystusie pragnął, aby Jego decyzja w stosunku do nas była definitywna i radykalna. Dlatego Bóg chce, aby małżeństwo było głęboką i wyjątkową jednością jednego mężczyzny z jedną kobietą. Ta jedność jest źródłem, z którego powstaje rodzina, oraz kryterium jej oceny.” (s.34)

Tożsamość duchowa

Rodzina katolicka to wiele więcej niż „dobra, porządna rodzina”. Rodzina, u której fundamentu leży sakramentalny związek małżeński ma swoją tożsamość duchową. Celem sakramentu małżeństwa jest właśnie wszczepiać cielesną, codzienną rzeczywistość małżeństwa i rodziny w rzeczywistość duchową.

Hermeneutyka ciągłości i rozwoju przypomniana przez papieża Benedykta XVI jako droga dla posługi teologów w Kościele jest wciąż aktualna. Nikt z nas nie ma prawa zerwać z niezmiennym nauczaniem sięgającym samych początków Kościoła, które zostało przypomniane przez pierwszy w historii Kościoła synod o rodzinie z 1980 roku, i przedstawione przez św. Jana Pawła II w adhortacji posynodalnej Familiaris consortio. Małżonkowie, aby być rodziną, która wyrasta z Kościoła i żyje dla Kościoła, muszą żyć jak ci, którzy dobrowolnie przyjęli powołanie do pójścia za Chrystusem i służenia Królestwu Bożemu w stanie małżeńskim[7]. Muszą doświadczać, że ich codzienność małżeńska, to tajemnicze i rzeczywiste uczestnictwo w miłości samego Boga[8]. Muszą tak układać swoje życie, aby dla nich i dla ich otoczenia było oczywiste, że rodzina katolicka to „Kościół w miniaturze”[9]. Muszą zabiegać o to, aby być naprawdę swego rodzaju żywym obrazem misterium Kościoła, żyć jego dynamiką[10].

Małżeństwo, w jakim Kościół pokłada nadzieję, to wspólnota wierząca i ewangelizująca, wspólnota w dialogu z Bogiem, wspólnota w służbie człowiekowi[11], otwarta na wartości transcendentne[12].

Troska o tożsamość duchową małżeństwa stawia wymagania naszej posłudze duszpasterskiej. Przyzwyczailiśmy się spoglądać na małżeństwo przede wszystkim przez pryzmat prawa kanonicznego. To jest tak dalece zakorzenione w naszej mentalności, że nawet ci, którzy przy okazji obecnego synodu o rodzinie usiłują np. zmienić zasady przystępowania do Komunii Świętej, poszukują argumentów prawnych. Tymczasem prawo kanoniczne jest ważne i potrzebne, ale sprowadzi się je do czystego formalizmu, pozbawi głębi, jeżeli nie spojrzy się na małżeństwo przez pryzmat teologii duchowości. Ona odpowiada na istotne pytanie: „dlaczego” takie jest prawo. Trzeba zatem położyć większy nacisk na duchowość małżeństwa i rodziny, zarówno w formacji duszpasterzy[13] jak młodzieży, narzeczonych i małżonków[14].

Posługa ewangelizacji

Nadzieją Kościoła jest rodzina ewangelizująca samą siebie, własne otoczenie i całe społeczeństwo. Przyszłość ewangelizacji zależy wręcz w dużej mierze od rodziny[15]. Jest to prawdziwe do tego stopnia, iż można powiedzieć, że dzisiaj w dziele ewangelizacji nastał wyjątkowy czas rodziny. Na przestrzeni wieków różne stany świadczyły o prawdzie Ewangelii i swoim radykalizmem przemieniały i zdobywały świat dla Chrystusa. Męczennicy, ojcowie pustyni, zakonnicy, misjonarze. Dzisiaj świat potrzebuje małżeństw i rodzin, które wierzą w swoje powołanie, żyję nim i są z tego powodu szczęśliwe.

Przekazywanie wiary rozpoczyna się w domu rodzinnym. Chodzi zarówno o słowa jak o przykład życia. Jest ono niczym niezastąpione i wyjątkowo owocne[16]. Należy przy tym pamiętać, że rodzina jest wspólnotą wzajemnej ewangelizacji[17]. Wszyscy w niej ewangelizują i wszyscy mają szansę być ewangelizowani.

Następnie, rodzina dojrzała w wierze staje się głosicielką Ewangelii dla rodzin ze swego otoczenia[18], uświęcając i przemieniając w ten sposób społeczeństwo wedle zamysłu Bożego[19]. To rodzina najłatwiej dociera do ludzi stojących „daleko” od Kościoła instytucjonalnego. To rodzina może być znakiem i wyzwaniem dla innych rodzin, które jeszcze nie wierzą albo które już zatraciły wiarę[20].

W tym miejscy należy podkreślić, że rodzina jest powołana ofiarować Kościołowi szczególne, jej właściwe sposoby i formy ewangelizacji[21]. Kościół ma nadzieję, że rodzina będzie wspierała dzieło ewangelizacji przede wszystkim przez to „czym jest i co czyni, jako głęboka wspólnota życia i miłości[22]. Być małżeństwem i rodziną, żyć jak małżeństwo i rodzina – oto podstawowa, niczym niezastąpiona a ogromnie konieczna służba Kościołowi i społeczeństwu.

Rodzina winna także dzielić się wspaniałomyślnie swym bogactwem duchowym z innymi rodzinami. Ponieważ powstaje z małżeństwa, będącego obrazem i uczestnictwem w miłosnym przymierzu Chrystusa i Kościoła, przez miłość małżonków, ofiarną płodność, jedność i wierność, jak i przez miłosną współpracę wszystkich członków powinna ukazywać wszystkim żywą obecność Zbawiciela w świecie oraz prawdziwą naturę Kościoła[23].

KOŚCIÓŁ NADZIEJĄ RODZINY

Kościół nie raz podkreślał świadomość spoczywającego na nim – jako na wspólnocie, która ma „ogromne doświadczenie w sprawach ludzkich”[24] – obowiązku „badania znaków czasu i wyjaśniania ich w świetle Ewangelii”[25]. Rodziny katolickie mają nadzieję, że takim właśnie okaże się również podczas tego synodu. Z jednej strony Kościół zawsze się umacniał i rozwijał, gdy nie szedł na kompromis z duchem tego świata (zob. J 15,19n). Z drugiej strony, jak podkreśliłem w rozmowie z dziennikarzem Famille Chrétienne[26], pasterze Kościoła muszą być świadkami poprzez słowo i życie. Muszą wyznawać wiarę, bo nie wszyscy pojmują sens Krzyża Chrystusowego. Nadzieja, jaką Kościół winien jest rodzinie nie jest więc tanim słowem pociechy czy gestem współczucia. Fałszywe współczucie, oderwane od obiektywnej prawdy, okazuje się rozwiązaniem krótkowzrocznym i wprowadza tylko zamęt.[27]

Zrozumienie i wsparcie

Kościół ma być świadkiem całej prawdy – również tej niepopularnej. Ewangelizacja nie polega na rozmywaniu prawdy objawionej, aby znaleźć „najmniejszy wspólny mianownik”, możliwy do przyjęcia dla zlaicyzowanego świata. Ewangelizować, to przepajać Ewangelią wszystkie dziedziny życia osobistego, małżeńskiego i rodzinnego, społecznego, kulturalnego, gospodarczego i politycznego.

Rodzina, która stara się żyć zgodnie z wolą Bożą, słyszy podczas Eucharystii prośbę, aby wierzący żyli „bezpieczni od wszelkiego zamętu”. Z nadzieją spogląda zatem na Kościół,  spodziewając się, że instytucje Kościoła nie będą wprowadzały zamętu, kwestionując życie zgodnego z tym, czego Kościół instytucjonalny naucza.

Rodzina, która doświadcza niezrozumienia w zlaicyzowanym świecie, ma też nadzieję, że Kościół będzie mówił językiem wiary, rozumiał i wspierał jej powołanie. To stawia instytucji Kościoła konkretne wymagania.

Metodologia

Kto chce uszanować tożsamość jakiejkolwiek rzeczywistości, musi wybrać adekwatną do niej metodę badawczą. To obowiązuje również w odniesieniu do teologii małżeństwa i rodziny.

W Niemczech o. Bernard Häring CSsR oparł ją wyjątkowo mocno na socjologii[28]. We Francji Sługa Boży ks. Henri Caffarel[29], założyciel potężnego ruchu duchowości małżeńskiej Equipes Notre-Dame[30], skoncentrował swoje nauczanie i publikacje wokół Misterium Miłości objawionego w Piśmie Świętym. W tym czasie ks. Karol Wojtyła opublikował Miłość i odpowiedzialność – pionierskie dzieło z filozofii i etyki małżeństwa. W Polsce arcybiskup Kazimierz Majdański, kreśląc profil badawczy pierwszego w świecie Instytutu Studiów nad Małżeństwem i Rodziną w Łomiankach, postawił na badania interdyscyplinarne. Św. Jan Paweł II zakładając Instytut Studiów nad Małżeństwem i Rodziną w Rzymie poszedł drogą tych właśnie wieloaspektowych poszukiwań. Dla niego punktem wyjścia nie jest socjologia ale consilium Dei de matrimonio et familia. W katechezach środowych dał przykład takiej właśnie teologii, ofiarując Kościołowi i światu teologię ciała i miłości małżeńskiej.

Rozeznając – zgodnie z tematem synodu – powołanie i misję rodziny w Kościele i świecie współczesnym, powinniśmy zachowywać zasadę ciągłości teologii. Adhortacja apostolska Familiaris consortio oraz wyjątkowo obszerne magisterium w tym względzie św. Jana Pawła II jest wciąż aktualne. Środowiska żyjące bardziej świadomie duchowością małżeńską są wdzięczne bł. Pawłowi VI za encyklikę Humanae vitae. Cenne są intuicje papieża Benedykta XVI[31], poczynając od jego encykliki Deus Caritas est, poprzez Przemówienia do Roty Rzymskiej zrodzone z troski o zachowanie świętości sakramentu małżeństwa.

W imieniu Boga

„Matka-Kościół rodzi, wychowuje, buduje rodzinę chrześcijańską, wypełniając wobec niej zbawczą misję otrzymaną od Pana”[32]. Kościół nie jest zatem właścicielem ale szafarzem wobec rodziny. Pasterze Kościoła nie mają prawa samowolnie decydować o istocie powołania małżeńskiego ani o stylu życia małżeństwa i rodziny. Obowiązkiem pasterzy Kościoła jest ze czcią słuchać Słowa Bożego i głosić je z ufnością[33], wiernie służąc realizacji „zamysłu Bożego wobec małżeństwa i rodziny”[34].

Tak rozeznał pierwszy w historii Kościoła synod biskupów o małżeństwie i rodzinie w 1980, którego temat brzmiał: „Zadania rodziny chrześcijańskiej w świecie współczesnym”[35]. Synod Biskupów w 2015 roku podejmie temat niemal identyczny: „Powołanie i misja rodziny w Kościele i świecie współczesnym”[36]. Jak widać, formułując temat obecnego synodu posłużono się terminologią nawet jeszcze bardziej teologiczną. (W 1980 mówiono o „zadaniach”; w 2015 mówi się o „powołaniu i misji”. W 2015 akcentuje się rys eklezjalny powołania i misji rodziny). Pasterze Kościoła muszą zatem odnawiać w sobie świadomość zapisaną w Familiaris consortio: „W obecnym momencie historycznym, gdy rodzina jest przedmiotem ataków ze strony licznych sił, które chciałyby ją zniszczyć lub przynajmniej zniekształcić, Kościół jest świadom tego, że dobro społeczeństwa, i jego własne, związane jest z dobrem rodziny (GS 47), czuje silniej i w sposób bardziej wiążący swoje posłannictwo głoszenia wszystkim zamysłu Bożego dotyczącego małżeństwa i rodziny, zapewniając im pełną żywotność, rozwój ludzki i chrześcijański oraz przyczyniając się w ten sposób do odnowy społeczeństwa i Ludu Bożego”[37].

Służyć Prawdzie

Wbrew współczesnym trendom jesteśmy przekonani, że istnieje obiektywna prawda[38]. Wobec tego doktryna nie stanowi ograniczenia ale pomaga wejść na ścieżkę prawdy i życia. Nie chodzi zatem o to, aby być wolnym „od” – trzeba stawać się wolnym „do”. Rodzina ma prawo żywić nadzieję, że Kościół pomoże jej chodzić ścieżkami prawdy.

Tej służby ze strony Kościoła potrzebują nie tylko rodziny katolickie. Dokument Papieskiej Rady ds. Rodziny pt. Rodzina a ludzka prokreacja zauważa, że zamysł Boży o małżeństwie i rodzinie – jako wartość uniwersalna – jest darem Boga również dla niewierzących. Ukazuje bowiem prawdziwą drogę do szczęścia w małżeństwie[39].

W tym miejscu trzeba podkreślić, że zupełnie obcy – nie tylko praktyce Kościoła, ale elementarnym zasadom epistemologii – jest postulat oddzielania życia od doktryny. Jest to najzwyczajniej próba intelektualnej manipulacji, niegodna teologa. Oczywiste, że etos małżeństwa wypływa z prawdy ontycznej o nim. Ten etos istnieje zaś nie sam dla siebie, w platońskim świecie idei, ale właśnie dla praxis. Jedną z najbardziej elementarnych trosk duszpasterskich Kościoła jest i pozostanie zachowanie żywotnej jedności między doktryną a życiem wiary. Świadkiem tego jest chociażby starożytna zasada: lex orandi – lex credendi.

Kościół, który dostosowywałby nauczanie do oczekiwań społeczeństwa – stałby się po prostu jak sól zwietrzała – „Na nic się już nie przyda, tylko na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi” (zob. Mt 5,13). Służyć w miłości i prawdzie człowiekowi, to budzić sumienia – być światłem dla wszystkich którzy są w domu (zob. Mt 5,15).

Małżeństwo jest sakramentem

Niekwestionowanym fundamentem rodziny pozostaje małżeństwo, które z kolei wyrasta na „tajemnicy wielkiej”, opisywanej i wyznawanej przez Kościół jako sakrament. Istotą tego sakramentu jest miłość ogarniająca całego człowieka, integralność osoby ludzkiej, a zatem jego wymiar duchowy, emocjonalny, wolitywny, ale także,  w niemniejszym stopniu – wymiar cielesny. Ta miłość, która jest nierozerwalnie związana z erosem jest w niemniejszym stopniu zakorzeniona genetycznie w miłości wewnątrz samego Boga, jak to genialnie ukazał pap. Benedykt XVI w „Deus caritas est”: „eros jest niejako zakorzeniony w naturze człowieka; Adam poszukuje i „opuszcza ojca swego i matkę swoją”, by odnaleźć niewiastę; jedynie razem przedstawiają oni całokształt człowieczeństwa, stając się „jednym ciałem”. Nie mniej ważny jest drugi aspekt: ze względu na ukierunkowanie zawarte w akcie stwórczym, eros kieruje człowieka ku małżeństwu, związkowi charakteryzującemu się wyłącznością i definitywnością; tak i tylko tak urzeczywistnia się jego głębokie przeznaczenie. Obrazowi Boga monoteistycznego odpowiada małżeństwo monogamiczne. Małżeństwo oparte na miłości wyłącznej i definitywnej staje się obrazem relacji Boga z jego ludem, i odwrotnie: sposób, w jaki miłuje Bóg, staje się miarą ludzkiej miłości” (DCE 11).

Uznanie tej miłości, w kształcie, jaki proponuje sakrament, a zatem miłości odwzorowanej na Bogu, bądź jej odrzucenie i zredukowanie do wymiaru wyłącznie przyjemnościowego (hedonistycznego, popędowego) wyznacza bardzo poważną linię demarkacyjną we współczesnym rozumieniu małżeństwa, a w konsekwencji także rodziny.

Przestrogą przed pomniejszaniem bądź zamazywaniem prawdy o sakramentalności małżeństwa niech będzie fakt, że rewolucja francuska a po niej wszystkie systemy totalitarne usiłowały zniszczyć i wykorzenić z ludzkiej świadomości wymiar sakralny małżeństwa, akcentując, że jest to wyłącznie „związek cywilny”.

W trosce o dobro małżonków i rodziny, Kościół musi strzec związku małżeństwa z Bogiem. Kard. Joseph Ratzinger w magistralnym wykładzie podczas uroczystości nadania Mu doktoratu honoris causa na KUL-u, ukazał z przejmującą jasnością niszczące konsekwencje zbuntowania się stworzenia przeciwko Stwórcy[40].

Ewangelia rodziny

W myśleniu o małżeństwie należy unikać dyktatu wolności indywidualnego sumienia. Po pierwsze, nie wystarcza, iż sumienie jest pewne. Ono musi być wpierw dobrze ukształtowane, zgodnie z nauką i Tradycją Kościoła. Po wtóre nie zwiastuje „Dobrej Nowiny o rodzinie” ten, kto poszukuje argumentów, aby uznać za dopuszczalne to, co Słowo Boże uznaje za ciężki grzech.

Ewangelia małżeństwa i rodziny jest o wiele głębsza. Jak przypomina Sobór Watykański II, Jezus Chrystus pozostaje z małżonkami przez całe ich życie. Uzdalnia ich mocą sakramentu, aby tak miłowali i tak wydawali się za siebie wzajemnie, jak Chrystus umiłował wspólnotę Kościoła i wydał za nią samego siebie. Sakrament małżeństwa „umacnia” ich do tego i „jakby konsekruje”. Duch Chrystusa przenika ich i nadaje całemu ich życiu małżeńskiemu oblicze oblubieńczej miłości Chrystusa[41]. Małżonkowie „w swym życiu małżeńskim i rodzinnym mogą przeżywać miłość samego Boga do ludzi i miłość Pana Jezusa do Kościoła – Jego oblubienicy”[42].

Nawrócenie

Aby dać szansę małżeństwu i rodzinie spełniać pokładane w nim nadzieje i aby nieść nadzieję małżeństwu i rodzinie, Kościół ma obowiązek głosić nawrócenie. Szanując prawdę ontyczną o małżeństwie, musi odważnie podkreślać, że małżeństwo – zgodnie ze swoją naturą – może osiągnąć pełnię jedynie w Chrystusie[43], żyjąc logiką tej miłości, którą Chrystus umiłował wspólnotę Kościoła.

Trzeba też realistycznie wskazywać na konieczność uzdrowienia wizji i praktyki życia małżeńskiego z „ran grzechu”[44]. Często bowiem dopiero szczere nawrócenie pozwala rodzinie zrozumieć jej prawdziwą tożsamość, to, czym ona jest i czym powinna być wedle zamysłu Pana”[45]. Sami pasterze oraz pracownicy pastoralni muszą odzyskać głębokie przekonanie, że „jedynie przyjęcie Ewangelii pozwala na spełnienie wszystkich nadziei, które człowiek słusznie pokłada w małżeństwie i rodzinie[46].

III. «LOCUS THEOLOGICUS» NADZIEI

Zarówno rodzina jak Kościół szukają nadziei i spełniają pokładane w sobie wzajemnie nadzieje w rzeczywistości tego świata. Będzie zatem pożyteczne uświadomić sobie przynajmniej niektóre aspekty tego locus theologicus nadziei.

Duch „tego świata”

Pierwszym elementem locus theologicus jest realistyczne stwierdzenie soborowej konstytucji Gaudium et spes: „ciężka walka przeciw mocom ciemności (…) trwać będzie do ostatniego dnia, według słowa Pana. Wplątany w nią człowiek wciąż musi się trudzić, by trwać w dobrym i nie będzie mu dane bez wielkiej pracy oraz pomocy łaski Bożej osiągnąć jedności w samym sobie”[47].

Zrozumiałe zatem, jak podkreśla św. Jan Paweł II w rozmowie z Vittorio Messorim, że „Kościół wciąż na nowo podejmuje zmaganie z duchem tego świata, co nie jest niczym innym jak zmaganiem się o duszę tego świata. Jeśli bowiem z jednej strony jest w nim obecna Ewangelia i ewangelizacja, to z drugiej strony jest w nim także obecna potężna anty-ewangelizacja, która ma też swoje środki i swoje programy i z całą determinacją przeciwstawia się Ewangelii i ewangelizacji. Zmaganie się o duszę świata współczesnego jest największe tam, gdzie duch tego świata zdaje się być najmocniejszy. W tym sensie encyklika Redemptoris missio mówi o nowożytnych areopagach. Areopagi te to świat nauki, kultury, środków przekazu; są to środowiska elit intelektualnych, środowiska pisarzy i artystów”[48]. Do tego problemu nawiązał też Ojciec Święty 5 marca 1992 r. w przemówieniu na zakończenie wielkopostnego spotkania z kapłanami diecezji rzymskiej, wzywając, aby rodzinie osaczanej przez siły anty-ewangelizacyjne, pomagać odkrywać jej wzniosłe powołanie[49].

„Zaćmienie Boga”

W takim kontekście jawi się niezastąpione miejsce duchowości małżeńskiej, w której ascetyka istnieje dla mistyki. To prawda, że człowiek, którego świat wartości zbudowany jest na pożądaniu ciała, pożądaniu oczu i pysze tego życia (zob. 1 J 2,16), „nie pojmuje tego, co jest z Bożego Ducha, głupstwem mu się to wydaje i nie może tego poznać”(1 Kor 2,14). Aby poszukiwania szczęścia rodzinnego miały sens i prowadziły do celu, trzeba więc robić wszystko, co możliwe, aby przywrócić w tymże życiu małżeńskim i rodzinnym bezwzględny prymat Boga. W dokumencie Papieskiej Rada ds. Rodziny pt. Rodzina a ludzka prokreacja czytamy: „Nigdy w historii prokreacja ludzka, a równocześnie rodzina, która jest jej naturalnym miejscem, nie były tak zagrożone, jak w dzisiejszej kulturze. Różne są tego przyczyny, jednak «zaćmienie» Boga[50], stworzyciela człowieka, stoi u podstaw obecnego głębokiego kryzysu pełnej prawdy o człowieku, o prokreacji ludzkiej i o rodzinie”[51].

Wobec tego zarówno rodzina katolicka jak Kościół – mając świadomość w jakich okolicznościach trzeba dzisiaj dawać oraz spełniać nadzieję – nie może ulegać duchowi tego świata i nie może dopuścić do „zaćmienia Boga” ani w sumieniu człowieka, ani w Kościele, ani w świecie.

Nauka wielkich ostatnich Papieży – Jana Pawła II, Benedykta XVI,  a także papieża Franciszka, wyrastająca z ewangelicznego rdzenia orędzia chrześcijańskiego wskazują, na to, że wolność zabezpiecza siebie samą, gdy jest wyznaczona perspektywą daru. Kategoria daru – sprawia, że miłość chrześcijańska nie jest zwykłym anty-egoizmem; jest wyrazem „zaakceptowania definicji człowieka jako osoby, która <urzeczywistnia się> przez bezinteresowny dar dla drugiego, <dla innych>; jest to najważniejszy wymiar cywilizacji miłości” [LdR 14]

Kategoria daru pozwala zatem tak realizować wolność, by ona odpowiadała prawdzie o człowieku, by była na miarę pełnego człowieczeństwa. To właśnie tutaj odsłania się czytelnie różnica między indywidualizmem a personalizmem: indywidualizm – takie użycie wolności, w którym podmiot czyni to, co sam chce; <ustanawia prawdę> tego, co sam chce, nie przyjmuje obiektywnej prawdy od drugiego, nie chce drugiemu się dawać, być bezinteresownym darem w prawdzie.

Św. Jan Paweł II, mówiąc o niemożności zrozumienia człowieka bez Chrystusa, wskazywał w sposób pozytywny na konieczność spojrzenia na człowieka przez pryzmat Boga. To bowiem, to kim jest Bóg pozwala zrozumieć kim jest człowiek.

Kreatywność Boga, życie Boga dokonują się w rytmie „otrzymywania samego siebie przez pośrednictwo drugiego, istnienie z czystego daru, posłuszeństwo prawdzie, którą jest obecność drugiego” (R. Buttiglione, Ku antropologii adekwatnej, w: Rocco Buttiglione, Doktorat honoris causa KUL 18 maja 1994. red. J. Merecki. Lublin 1994 s. 37).

Perspektywa trynitarna i chrystocentryczna wskazują, że „Bóg chrześcijan nie jest absolutną i arbitralną wolnością. Bóg chrześcijan jest miłością, a zanim staje się nią w stosunku do człowieka, jest nią już w sobie samym, w relacji osób Boskiej Trójcy” (tamże).

Prawo istnienia osobowego, które bywa utożsamiane z prawem wolności, oznacza naprawdę budowanie samoświadomości w oparciu o afirmację daru drugiego. Ten dar drugiego oznacza nie tyle subiektywność jako ograniczenie, co otwarcie subiektywności na rzeczywistość zewnętrzną, wyzwolenie jej kreatywności: „człowiek jest twórczy, o ile obejmuje troską drugiego człowieka, byt w ogóle, a także siebie samego. Objąć troską, oznacza wyjść poza to, co faktyczne, jednocześnie przyjmując i respektując rzeczywistość” (Tamże).

Dopełnieniem tych słów jest piękna wypowiedź pap. Benedykta XVI: „Miłość bliźniego polega właśnie na tym, że kocham w Bogu i z Bogiem również innego człowieka, którego w danym momencie może nawet nie znam lub do którego nie czuję sympatii. Taka miłość może być urzeczywistniona jedynie wtedy, kiedy jej punktem wyjścia jest intymne spotkanie z Bogiem, spotkanie, które stało się zjednoczeniem woli, a które pobudza także uczucia. Właśnie wtedy uczę się patrzeć na inną osobę nie tylko jedynie moimi oczyma i poprzez moje uczucia, ale również z perspektywy Jezusa Chrystusa. Jego przyjaciel jest moim przyjacielem. Przenikając to, co zewnętrzne w drugim człowieku, dostrzegam jego głębokie wewnętrzne oczekiwanie na gest miłości, na poświęcenie uwagi, czego nie mogę mu dać jedynie za pośrednictwem przeznaczonych do tego organizacji, akceptując to, być może, jedynie jako konieczność polityczną. Patrzę oczyma Chrystusa i mogę dać drugiemu o wiele więcej niż to, czego konieczność widać na zewnątrz: spojrzenie miłości, którego potrzebuje”

Related posts